Zamarznięta Wisła była autostradą dla karet i powozów
2012-02-05
W XIX wieku Wisła zamarzała na beton. I to zwykle już w grudniu, a lody puszczały dopiero w marcu. Likwidowano pływające mosty, które stawały się niepotrzebne, bo na drugi brzeg można było przejść po lodzie, a lodowa tafla odśnieżana i zamieniała się w autostradę dla karet i powozów.
Fot. KUBA ATYS
Zimą 1995/1996 Wisła zmarzła. Na zdjęciu lodołamacz kruszy lód przy przęsłach mostu Syreny
+ zobacz powiększenie
"Stopni mrozu w Warszawie od 18 do 21 stopni. Wczoraj rano między ósmą a dziewiątą było 20 stopni mrozu, a w południe już tylko 12" - podawała "Gazeta Warszawska" 210 lat temu i nikt się temu nie dziwił.
Wisłą jak autostradą
Jeszcze 50 laty później, gdy śnieg spadł w listopadzie, to leżał do końca marca, a często i do kwietnia. Robiło się wtedy w mieście biało, a prasa donosiła, że właśnie ustaliła się sanna. Zamiast powozów, karet czy furmanek ulicami pędziły sanie. Miasto od razu stawało się jakieś bardziej czyste, koła wozów nie tonęły w błocie, a eleganckie damy w hucznie obchodzonym karnawale nie brudziły sukni błotem w drodze pomiędzy powozem a salą balowa. Za to, jeśli wierzyć Galicjaninowi Ludwikowi Grzymale Jabłonowskiemu, mieszkańcy stolicy marzli po domach. Skąpili na ogrzewaniu. Grzymała się dziwił: W mrozie piękne warszawianki zajadały się pucharkami lodów u Loursa, a tymczasem, on przywykły do ciepła w galicyjskich dworach trząsł się z zimna na sam ich widok.
Zimą białe robiły się nie tylko ulice, dachy domów czy parki, ale też na beton zamarzała Wisła. I to zwykle już w grudniu, a lody puszczały dopiero w marcu. "Z dziesięciu zim trafia się najmniej jedna, w której Wisła nie zamarza bynajmniej pod Warszawą" - pisał na podstawie kilkudziesięcioletnich doświadczeń inżynier miasta Henryk Świątkowski. Przed latami 60. XIX w. zanim rzeka zamarzła, likwidowano pływające mosty, które stawały się niepotrzebne, bo na drugi brzeg można było przejść po lodzie. Lodowa tafla była zresztą częściowo odśnieżana i zamieniała się w autostradę dla karet i powozów. Po drodze trzeba było jednak uważać. Można było zboczyć z trasy i wpaść do licznych przerębli, które wiercili nie tylko rybacy, ale i robotnicy sprzedający bryły lodu restauracjom, browarom czy zarządcom rezydencji i kamienic. Lód trafiał do piwnic i ziemianek i gdy nadchodziły ciepłe dni pełnił tam tę samą funkcję co dziś agregaty lodówek
Błoto po pierwsze piętro
Wisła przestała zamarzać dopiero na przełomie XIX i XX wieku, gdy zaczęły do niej spływać ścieki komunalne i przemysłowe. Zimy nadal bywały jednak mroźne, choć w latach 30. XX wieku już tak malownicze jak sto lat wcześniej. Domy były wyższe, zabudowa bardziej gęsta, powozy wypierały samochody, przez co śnieg zamieniał się błotnistą breję.
"Na węższych ulicach ślady błota sięgają do 1 piętra. Na szerszych ślady te noszą na sobie przechodnie. Topniejące zwały śniegu tamują już i tak chaotyczny ruch uliczny. A słaby batalion bezroboczych ani rusz nie może uporać się z wrogiem. Nie ulega wątpliwości, że gdyby oczyszczanie miasta prowadzono szybko i sprężyście od chwili pierwszego opadu, tak jak to się robi w miastach zachodu lub północy, dziś po śniegu nie byłoby śladu i plaga błota ograniczyłaby się co najwyżej do bocznic brukowanych kocimi łbami, na których ruch jest zresztą niewielki" - utyskiwał dziennikarz "Kuriera Warszawskiego" zimą 1939 r.
Zimno, bo nie ma szyb
Potężne mrozy miały wrócić rok później, z pierwszą okupacyjną zimą. Miasto zasypały ogromne ilości śniegi. Temperatury spadały, a sytuacja mieszkańców pozbawionych opału oraz często szyb w oknach rozbitych w trakcie wrześniowego oblężenia - była nie do pozazdroszczenia. Ludzie radzili sobie, jak mogli, a co bardziej przedsiębiorczy wyrąbywali drzewa w parkach. Tak między innym ogołocony został z drzew park Szustrów na Mokotowie.
Pod koniec wojny, w styczniu 1945 r., gdy lewobrzeżna Warszawa była już tylko bezludnym rumowiskiem - gruzy przykrywała gruba warstwa śniegu. Wisłę w Warszawie jak przed ponad stuleciem skuł lód. Mosty były zwalone, ale z Pragi na lewy brzeg po wypędzeniu z niego Niemców można było przejść po lodzie. Już chyba po raz ostatni w dziejach.
Drzazgi groźne dla cieśli
Dziewięć lat później w stalinowskiej Warszawie mieszkańcy mieli zimą inne problemy. Pisał o tym Leopold Tyrmand w swoim dzienniku: "Ciężka zima w Warszawie. Teraz są śnieżyce, a ci od pogody zapowiadają znowu mrozy. I nie ma co jeść. Pół godziny dziś stałem za ćwiartką masła i bochenkiem chleba. Jakaś pani przede mną zapytała: "Co to masło podrożało?" Ekspedientka jakby przygotowana do walki: "Oczu pani nie ma? Przecież wyraźnie pisze na obwieszczeniu". W istocie sklep państwowy ma prawidłowo wywieszony okólnik jakiegoś ministerstwa, tylko nie za duży, tak żeby się nikomu w oczy nie rzucał, literki na nim jeszcze mniejsze. Nawet mnie to rozweseliło: u klasyków nigdzie nie stoi o inflacji. Nie taki system zaplanowali" - czytamy.
Tego samego dnia w sklepie z zabawkami Tyrmand szukał lalki dla chrześnicy. Wizyta w sklepie Raj Dziecka przyprawiła go o senne koszmary.
"Brudne zaniedbane pomieszczenie oświetlone gołą żarówką, w blaskach której leżą na kupie smutne, zezowate lalki w zbrukanych, podwiniętych sukienkach jak uczestniczki figlów w krzakach na weselach chłopskich. Misie o twarzach niedorozwiniętych morderców (...) Bąki, z których odpada farba, kręgle usiane drzazgami groźnymi dla starego cieśli" - pisał przerażony tą zimową wizytą w Raju Dziecka.
Zima paraliżuje socjalizm
Zła zima nie ogranicza się do dawnych lat.
Najbardziej pamiętna zima stulecia rozpoczęła się w noc sylwestrową z 1978 na 1979 r. Jeszcze w nocy z 28 na 29 grudnia notowano tu temperaturę kilku stopni powyżej zera i padał deszcz
O godzinie 5 termometry wskazywały już 6 stopni.
O godzinie 12 - 10 stopni.
Na ulicach utworzyła się gołoledź, a autobusy na Tamce i Książęcej nie mogły wjechać pod górę. 30 grudnia temperatura spadła do -17 stopni i zaczął sypać śnieg. Opady były tak intensywne, że w wieczór sylwestrowy zaspy zablokowały ulice. Wkrótce temperatura spadła do -21 stopni. Mróz i śnieg unieruchomiły komunikację tramwajową. Zamarzły wagony z węglem w elektrociepłowniach.
Miasto zostało pozbawione ciepłej wody. Niemal wszystkie mieszkania były niedogrzane. Sytuacja stała się tak poważna, że w Nowy Rok Rada Ministrów zebrała się na pilne posiedzenie, ustalając działania mające zapobiec katastrofie.
Zaapelowano do mieszkańców o odśnieżanie ulic, zmobilizowano do pomocy wojsko. Zamknięto szkoły, studentom przedłużono ferie.
Zima zaatakowała z równą siła jeszcze w końcu lutego 1979 r. Śniegu spadło jeszcze więcej, a ruch na ulicach zamarł. Miejscami zaspy sięgały pierwszego piętra.
To, co nasi przodkowie przyjmowali z pokorą, dla nas współczesnych jest prawdziwą udręką. Wystarczy wspomnieć ubiegłoroczny atak zimy, gdy pierwsze opady śniegu w listopadzie 2010 r. sparaliżowany ruch na ulicach Warszawy.
Wisłą jak autostradą
Jeszcze 50 laty później, gdy śnieg spadł w listopadzie, to leżał do końca marca, a często i do kwietnia. Robiło się wtedy w mieście biało, a prasa donosiła, że właśnie ustaliła się sanna. Zamiast powozów, karet czy furmanek ulicami pędziły sanie. Miasto od razu stawało się jakieś bardziej czyste, koła wozów nie tonęły w błocie, a eleganckie damy w hucznie obchodzonym karnawale nie brudziły sukni błotem w drodze pomiędzy powozem a salą balowa. Za to, jeśli wierzyć Galicjaninowi Ludwikowi Grzymale Jabłonowskiemu, mieszkańcy stolicy marzli po domach. Skąpili na ogrzewaniu. Grzymała się dziwił: W mrozie piękne warszawianki zajadały się pucharkami lodów u Loursa, a tymczasem, on przywykły do ciepła w galicyjskich dworach trząsł się z zimna na sam ich widok.
Zimą białe robiły się nie tylko ulice, dachy domów czy parki, ale też na beton zamarzała Wisła. I to zwykle już w grudniu, a lody puszczały dopiero w marcu. "Z dziesięciu zim trafia się najmniej jedna, w której Wisła nie zamarza bynajmniej pod Warszawą" - pisał na podstawie kilkudziesięcioletnich doświadczeń inżynier miasta Henryk Świątkowski. Przed latami 60. XIX w. zanim rzeka zamarzła, likwidowano pływające mosty, które stawały się niepotrzebne, bo na drugi brzeg można było przejść po lodzie. Lodowa tafla była zresztą częściowo odśnieżana i zamieniała się w autostradę dla karet i powozów. Po drodze trzeba było jednak uważać. Można było zboczyć z trasy i wpaść do licznych przerębli, które wiercili nie tylko rybacy, ale i robotnicy sprzedający bryły lodu restauracjom, browarom czy zarządcom rezydencji i kamienic. Lód trafiał do piwnic i ziemianek i gdy nadchodziły ciepłe dni pełnił tam tę samą funkcję co dziś agregaty lodówek
Błoto po pierwsze piętro
Wisła przestała zamarzać dopiero na przełomie XIX i XX wieku, gdy zaczęły do niej spływać ścieki komunalne i przemysłowe. Zimy nadal bywały jednak mroźne, choć w latach 30. XX wieku już tak malownicze jak sto lat wcześniej. Domy były wyższe, zabudowa bardziej gęsta, powozy wypierały samochody, przez co śnieg zamieniał się błotnistą breję.
"Na węższych ulicach ślady błota sięgają do 1 piętra. Na szerszych ślady te noszą na sobie przechodnie. Topniejące zwały śniegu tamują już i tak chaotyczny ruch uliczny. A słaby batalion bezroboczych ani rusz nie może uporać się z wrogiem. Nie ulega wątpliwości, że gdyby oczyszczanie miasta prowadzono szybko i sprężyście od chwili pierwszego opadu, tak jak to się robi w miastach zachodu lub północy, dziś po śniegu nie byłoby śladu i plaga błota ograniczyłaby się co najwyżej do bocznic brukowanych kocimi łbami, na których ruch jest zresztą niewielki" - utyskiwał dziennikarz "Kuriera Warszawskiego" zimą 1939 r.
Zimno, bo nie ma szyb
Potężne mrozy miały wrócić rok później, z pierwszą okupacyjną zimą. Miasto zasypały ogromne ilości śniegi. Temperatury spadały, a sytuacja mieszkańców pozbawionych opału oraz często szyb w oknach rozbitych w trakcie wrześniowego oblężenia - była nie do pozazdroszczenia. Ludzie radzili sobie, jak mogli, a co bardziej przedsiębiorczy wyrąbywali drzewa w parkach. Tak między innym ogołocony został z drzew park Szustrów na Mokotowie.
Pod koniec wojny, w styczniu 1945 r., gdy lewobrzeżna Warszawa była już tylko bezludnym rumowiskiem - gruzy przykrywała gruba warstwa śniegu. Wisłę w Warszawie jak przed ponad stuleciem skuł lód. Mosty były zwalone, ale z Pragi na lewy brzeg po wypędzeniu z niego Niemców można było przejść po lodzie. Już chyba po raz ostatni w dziejach.
Drzazgi groźne dla cieśli
Dziewięć lat później w stalinowskiej Warszawie mieszkańcy mieli zimą inne problemy. Pisał o tym Leopold Tyrmand w swoim dzienniku: "Ciężka zima w Warszawie. Teraz są śnieżyce, a ci od pogody zapowiadają znowu mrozy. I nie ma co jeść. Pół godziny dziś stałem za ćwiartką masła i bochenkiem chleba. Jakaś pani przede mną zapytała: "Co to masło podrożało?" Ekspedientka jakby przygotowana do walki: "Oczu pani nie ma? Przecież wyraźnie pisze na obwieszczeniu". W istocie sklep państwowy ma prawidłowo wywieszony okólnik jakiegoś ministerstwa, tylko nie za duży, tak żeby się nikomu w oczy nie rzucał, literki na nim jeszcze mniejsze. Nawet mnie to rozweseliło: u klasyków nigdzie nie stoi o inflacji. Nie taki system zaplanowali" - czytamy.
Tego samego dnia w sklepie z zabawkami Tyrmand szukał lalki dla chrześnicy. Wizyta w sklepie Raj Dziecka przyprawiła go o senne koszmary.
"Brudne zaniedbane pomieszczenie oświetlone gołą żarówką, w blaskach której leżą na kupie smutne, zezowate lalki w zbrukanych, podwiniętych sukienkach jak uczestniczki figlów w krzakach na weselach chłopskich. Misie o twarzach niedorozwiniętych morderców (...) Bąki, z których odpada farba, kręgle usiane drzazgami groźnymi dla starego cieśli" - pisał przerażony tą zimową wizytą w Raju Dziecka.
Zima paraliżuje socjalizm
Zła zima nie ogranicza się do dawnych lat.
Najbardziej pamiętna zima stulecia rozpoczęła się w noc sylwestrową z 1978 na 1979 r. Jeszcze w nocy z 28 na 29 grudnia notowano tu temperaturę kilku stopni powyżej zera i padał deszcz
O godzinie 5 termometry wskazywały już 6 stopni.
O godzinie 12 - 10 stopni.
Na ulicach utworzyła się gołoledź, a autobusy na Tamce i Książęcej nie mogły wjechać pod górę. 30 grudnia temperatura spadła do -17 stopni i zaczął sypać śnieg. Opady były tak intensywne, że w wieczór sylwestrowy zaspy zablokowały ulice. Wkrótce temperatura spadła do -21 stopni. Mróz i śnieg unieruchomiły komunikację tramwajową. Zamarzły wagony z węglem w elektrociepłowniach.
Miasto zostało pozbawione ciepłej wody. Niemal wszystkie mieszkania były niedogrzane. Sytuacja stała się tak poważna, że w Nowy Rok Rada Ministrów zebrała się na pilne posiedzenie, ustalając działania mające zapobiec katastrofie.
Zaapelowano do mieszkańców o odśnieżanie ulic, zmobilizowano do pomocy wojsko. Zamknięto szkoły, studentom przedłużono ferie.
Zima zaatakowała z równą siła jeszcze w końcu lutego 1979 r. Śniegu spadło jeszcze więcej, a ruch na ulicach zamarł. Miejscami zaspy sięgały pierwszego piętra.
To, co nasi przodkowie przyjmowali z pokorą, dla nas współczesnych jest prawdziwą udręką. Wystarczy wspomnieć ubiegłoroczny atak zimy, gdy pierwsze opady śniegu w listopadzie 2010 r. sparaliżowany ruch na ulicach Warszawy.
Udostępnij link: Facebook
Najnowsze wiadomości
-
Zobacz 10 największych hitów Nocy Muzeów
-
Olbrzymi outlet na Białołęce. Wmurowano kamień węgielny
-
IPN pokaże akta inwigilowanych piłkarzy. Obejrzycie?
-
Okradł ją na randce. Wpadł. Grozi mu do 5 lat więzienia
-
Wypadek na wiadukcie w centrum. Jedna osoba w szpitalu
-
Tramwaj z pianinem w środku ruszył na tory [ZDJĘCIA]
-
Narodowy bez nagrody. Przegrał z gdańskim stadionem
-
Spór o konkurs. Co z lokalem dla "Krytyki Politycznej"?
-
Zobacz jak drążą tunele dla II linii metra
-
Pisklaki rzadkich ptaków biegają po Wisłostradzie
